poniedziałek, 30 grudnia 2019

Zaoranie systemu edukacji

Orzemy system.

Nie zostaje nic, a po bronowaniu mamy wyrównaną równą ziemię.

Możemy teraz zasiać cokolwiek, gdziekolwiek.

Mamy jedynie warunki brzegowe w postaci dziecka, które staje się młodzieżą, a później dorosłym i związaną z tym wiedzę z zakresu psychologii rozwojowej. Dodajmy to tego fizjologię rozwojową oraz neurologię rozwojową. Mamy komplet wiedzy o duszy i ciele w tym czasie rozwoju człowieka.

Czyli zaoraliśmy wszystko i mamy fakty rozwojowe.

I zaczynamy sadzić nową szkołę.

Mamy do dyspozycji wiek dziecka od 0 do 18 lat. Później zakładamy, że samodzielny, dojrzały człowiek podejmie kluczowe i krytyczne decyzje o swoim losie i wybierze szkolenie zawodowe, czy to branżowe, czy techniczne, czy licencjackie, czy magisterskie.

Załóżmy, że pierwsze 3 lata dziecko potrzebuje jedynie czułości swoich rodziców. W takim razie zostaje nam lat 15 do zasiania na nowo. Mamy okres przedszkolnej ciekawości i żywiołowości, charakteryzujący się bardzo szybkim przyswajaniem. Mamy okres socjalizacji, okres określania tożsamości, okres nabierania szlifów.

Chcemy, aby szlify człowiek uzyskał mając 18 lat swojego życia, aby w sposób dojrzały dokonywał wyborów.

Co należałoby zagwarantować młodemu człowiekowi, aby efektywnie, w zgodzie ze swoim urodzeniowym potencjałem, rozwinął się w pełni i nie nabył dodatkowych blokad?

Czy jak nie zaczniemy budować od nowa nie szanując autonomii młodego człowieka, to czy nie wybudujemy ponownie tego co mamy obecnie?

Pytanie brzmi tak: „Czy my ufamy młodemu człowiekowi?”

Czy jednak zachowujemy się jak nauczyciel wzrostu zboża, który wie lepiej jak ma ziarno zboża kiełkować, wie lepiej jak to ziarno ma zapuszczać korzenie, wie lepiej jak to ziarno ma wytwarzać łodygę i liście.

Całą dotychczasową szkołę zbudowaliśmy na przekonaniu, że wiemy lepiej i że dzieci i ryby głosu nie mają. A może jednak podczas ich własnego wzrostu, to tylko one powinny decydować jak ten wzrost powinien wyglądać, tak jak o swoim wzroście decyduje wyłącznie ziarno.

Zdecydowana większość znanych pedagogów, których cytujemy mówi o podmiotowości dziecka, jako o podmiotowości małego człowieka. Niby wszyscy to słyszymy, ale czy słuchamy.

Niestety łapiemy się cały czas w pułapce naszej próżności. Przecież wiemy lepiej, przecież jesteśmy doświadczeni i już znamy swój własny wzrost z swojego ziarna. Swędzi nas ręka lub język, aby kolejny raz zwrócić uwagę lub poprawić wzrost kolejnego pokolenia ziaren.

Ale nic i nikt nie zmieni natury.

Ziarna zawsze wyrastają same. My co najwyżej możemy przygotować im lepsze warunki do SAMODZIELNEGO wzrostu. I nic ponadto nie możemy i nie powinniśmy zrobić.

Chyba, że naszym celem jest ZASZKODZIĆ.


Marcin Stiburski

sobota, 28 grudnia 2019

Krucjata o ocenę

Istotne, nieistotne.

Mamy pewnego człowieka, któremu chcemy zaproponować rezygnację z dwóch różnych rzeczy lub czynności. Na przykład weźmy fanatyka religijnego. Gdy powiemy mu, zrezygnuj z uczestnictwa w jakimś rytuale, będzie się zaciekle bronił uznając go za bardzo istotny element tradycji. Natomiast gdy zaproponuje się mu rezygnację z czegoś bardziej ulotnego jak moralność, to przy odpowiedniej argumentacji można uzyskać pewne odstępstwa i kompromisy. Nawet bez zewnętrznego przymusu dane osoby stanowczo respektują rytuały, a małe odstępstwa od zasad życia spokojnie akceptują.
Coś jest takiego w rytuałach, zwyczajach, konwencjach, że stają się dla nas cnotą którą bronimy, a rzeczy mniej określone jak honor, moralność, duchowość, wiedza, są elementami przy których nasz relatywizm ma już duże pole do popisu. Te drugie nie mając wyraźnych granic, wyraźnych form, narażone są na nasze subiektywne spojrzenie i przez to bez większych wyrzutów sumienia mogą być przez nas samych modyfikowane. Te pierwsze stanowiąc konkretny rytuał, społeczny szablon, są chronione jako identyfikator, jak przysłowiowy proporzec z dawnych bitew.
To samo zachowanie widzimy podczas prób zmian w naszego systemu edukacji.
Rytuałem religijnym jest tu ocena. A moralnością i duchowością jest wiedza.
Gdy chcemy zmienić religijny rytuał ocen szkolnych to podnosi się larum, jakbyśmy atakowali świętość nad świętości. Głośno kontestujemy argumenty osób, które chcą zmian. Wyzywamy te osoby od heretyków. I gdybyśmy mogli, to niechybnie spalilibyśmy ich na stosie.
Oceny są uświęconym rytuałem, może nie starym, ale rytuałem. Być może tak samo starym jak choinka ze świerku z świecidełkami stawiana w naszych pokojach w święto Bożego Narodzenia.
Nie chcemy zrezygnować z ocen, tak samo jak nie chcielibyśmy zrezygnować z choinki.
A wiedza, którą mamy zdobywać w szkole?
Cóż.
Wiedzę przecież można zmodyfikować. Można od czasu do czasu zmienić podstawę programową, można inaczej interpretować fakty, zgodnie z trendami społecznymi czy politycznymi. Wiedza, przecież nie ma tak wyraźnych ram jak rytuał, ocena czy choinka.
I akceptujemy teraz, że duchowość, refleksja związana z przesileniem zimowych zmieniła się radykalnie przez tysiąc lat, od słowiańskiej nadziei na zbliżającą się wiosnę po przekroczeniu najdłuższej nocy, po nadzieję na wiosenne zmartwychwstanie po narodzinach w grudniową noc.
Zmiana tych elementów nieokreślonych nam nie przeszkadza.
Ale rezygnacja z wycinania świerków w dobie ekologicznego patrzenia na świat byłaby czymś niepojętym.
Dlatego tak mocno bronimy ocen. Bo są naszym religijnym rytuałem w szkole. Są jedynie atrybutem naszej edukacyjnej wiary. I jesteśmy w stanie wywołać nawet wojnę „religijną” z osobami, które mają czelność podnieść rękę na naszą uświęconą ocenę.
Chcąc pozostawić święte oceny, jesteśmy w stanie zrezygnować z pewnej wiedzy, zmniejszając lub modyfikując podstawę programową. Bo wiedza, tak jak duchowość i moralność nie ma wyraźnych kształtów, o które można się bić.

Marcin Stiburski
Szkoła Minimalna

wtorek, 24 grudnia 2019

Nuda na KIWKO

KIWKO
Siedzę sobie na lekcji w technikum, na przedmiocie który bardzo mnie interesuje. Konstrukcja i Wytrzymałość Kadłubów Okrętowych – KIWKO. Dziwnie to brzmi, ale bardzo lubię ten przedmiot.
Siedzę i specjalnie zachowuję się niegrzecznie licząc na to, że prowadzący zajęcia weźmie mnie do odpowiedzi. Próbuję cały czas sprowokować nauczyciela do reakcji. Jest twardzielem i próbuje mnie ignorować, lecz ja nie daję za wygraną.
W końcu nauczyciel nie wytrzymuje moich prowokacji i wywołuje mnie do tablicy. Staję tu kolejny raz, mając za sobą już kilka zwycięskich potyczek. Nauczyciel rzuca mi zaciekle kolejne pytania, a ja na nie ze swadą i spokojem odpowiadam, patrząc bezczelnie w oczy nauczycielowi. Próbuje on pytań pomocniczych, rozszerzonych i nic, na wszystkie spokojnie odpowiadam. Bardzo lubię ten przedmiot, bardzo mnie on ciekawi, podręcznik mam już dawno cały przestudiowany. Ale w nauczycielu widzę wściekłość, gdy kolejny raz odpowiadam bezbłędnie. A mnie ta jego wściekłość nakręca i jeszcze bardziej pokazuję jak głęboko go mam w poważaniu.
Kolejny raz kapituluje i z ogromnym żalem stawia mi ocenę bardzo dobrą.
I dalej siadam do swojej ławki i dalej nudząc się, przeszkadzam mu w lekcji.
Jednak było mi mało tej zabawy, więc podczas kolejnego roku nauki podczas sprawdzianów lub odpytywań celowo zacząłem podawać złe odpowiedzi. On o tym wiedział. Ale w końcu mógł ze spokojem postawić mi ocenę dostateczną. Zabawne było to jak trzeba się starać, aby napisać źle gdy zna się prawidłowe odpowiedzi. Dalej lubiłem ten przedmiot jako zagadnienie, choć musiałem spędzać kolejne godziny na lekcjach KIWKO i się nudzić. Nauczyciel odgrywał się na mnie donosząc do wychowawcy na moje zachowanie i z przewrotną radością mogłem się poszczycić oceną nieodpowiednią.
Dlaczego tak się zachowywałem wobec nauczyciela przedmiotu, który mnie tak naprawdę interesował? Dlaczego go prowokowałem, dlaczego później sam sobie degradowałem ocenę dla swojej zabawy?
Nuda.
Treści przedmiotu, który rozpocząłem, a który mnie tak wciągnął, poznałem przez pierwsze kilka tygodni. Zagłębiłem to także dociekaniami korzystając z literatury w czytelni. I co mnie mogło ciekawego czekać przez kolejne kilka miesięcy do końca roku szkolnego. Na lekcje zgodnie ze siatką godzin i tak musiałem uczęszczać.
Dodatkowo nakręcała mnie chęć odreagowania na tym przedstawicielu kasty nauczycielskiej, za upokorzenia doznawane na innych przedmiotach. Sami spolaryzowali tą scenę na relację uczeń-nauczyciel, więc wszedłem w tą rywalizację. I na polu KIWKO udawało mi się trochę odegrać.
Dla młodego przewrotnego człowieka dużo nie potrzeba, aby podroczyć się ze systemem.
Niestety szkoła jest skrojona dla średniej, ze środka populacji z krzywej normalnej. Szkoła szkodzi osobom słabszym od średniej, ale szkoła także szkodzi osobom lepszym od średniej.
Doznałem wszystkich trzech stanów. Stanu bycia słabszym, stanu średniej. A KIWKO było przykładem co może się stać z uczniem, gdy ten umie przedmiot lepiej, niż to założyli twórcy systemu. I system to zignoruje, bo system dba jedynie o średnią.

Marcin Stiburski
Szkoła Minimalna

poniedziałek, 23 grudnia 2019

Behawior OCENY

Drugi rok okrętowego na PG. Za chwilę wylecę ze studiów na polibudzie. Jeżeli nie znajdę sobie kolejnych, armia weźmie mnie w swoje ramiona. Wchodzę do dziekanatu licząc na załatwienie formalności. Wita mnie zawsze nieprzyjemna dla studentów pani w dziekanacie, której oznajmiam że chciałbym porozmawiać z dziekanem. Na szczęście jest i okazuje się że nie jest zajęty. Zaprasza mnie do swojego gabinetu.
Niepewny siebie wchodzę. A na to dziekan zwracając się do mnie „panie Marcinie proszę usiąść”, wskazuje mi jedną ze skórzanych sof. Przysiadam na skraju. A on spokojnie mówi do mnie „proszę się swobodnie rozsiąść”. Cały spocony, nie wiem o co mu chodzi, skąd u niego taka uprzejmość, zna przecież moją kryzysową sytuację i grożące mi konsekwencje.
Niepewnie opieram się o oparcie skórzanej sofy, a dziekan strzela do mnie dalej z grubej rury.
„Czego się Pan napije, kawa czy herbata”. Te słowa totalnie mnie rozbijają. Przyzwyczajony jestem to kontaktów bardzo formalnych w relacji student-przełożony, a tu takie słowa. Odpowiadam, że napiję się herbatę i wtedy on do pani w dziekanacie mówi „pani Krystyno proszę dla pana Marcina przygotować herbatę”. I po chwili pani Krystyna przynosi mi herbatę i stawia na stoliku przed skórzaną sofą, mówiąc do mnie ”Proszę bardzo panie Marcinie”.
Cała sytuacja jest dla mnie irracjonalna, gdyż moje wizyty w dziekanacie nigdy tak nie wyglądały.
Dziekan cały czas mnie obserwował, patrzał na moje nieporadne siadanie na sofie, na moje zaskoczenie przy propozycji herbaty. Wtedy zaczął swoją mowę, która mniej więcej brzmiała tak.
„Panie Marcinie, niech pan zwróci uwagę jak pan się teraz zachowuje, jak się pan stresuje, jak nie jest pan pewny siebie. Ma pan dwadzieścia dwa lata. A niestety pana zachowanie dalekie jest od zachowania osoby dorosłej. Przypomina raczej zachowanie uczniaka. Owszem jest pan w ciężkiej sytuacji jako student, ale to nie tłumaczy zachowania tak niepewnego, tak przerażonego człowieka.
Obserwuję to zjawisko od wielu lat i z roku na rok coraz bardziej studenci są bardziej niedojrzali. Inaczej było w latach sześćdziesiątych, a jeszcze inaczej było przed wojną, o czym opowiadali mi moi profesorowie. Niech pan przypomni sobie film Dawno temu w Ameryce, kiedy to piętnastolatkowie zdejmowali krótkie spodnie i wkładali długie i kazali sobie mówić PAN. I tak byli traktowani. Bo tego oczekiwali. I otoczenie to akceptowało i także traktowało ich za PANÓW.”
Ta rozmowa jedna z istotniejszych w moim życiu, odegrała bardzo ważną rolę w postrzeganiu siebie przez samego siebie. Z okrętowego oczywiście wyleciałem i po jakimś czasie przeniosłem się na fizykę na UG, którą już normalnie skończyłem. Ale do tej rozmowy cały czas wracam.
Przytoczyłem tą historię, ponieważ teraz obserwuję szkołę trochę jak mój dawny dziekan z okrętowego. Tyle, że obecnie obserwuję 13-14 latków. Czyli jeszcze dzieci, które noszą krótkie spodenki jak w filmie Dawno temu w Ameryce. I wiem, że za chwilę mogłyby te dzieci włożyć spodnie długie i kazać sobie mówić PAN i PANI. I wiem, że wtedy powinienem to zaakceptować i zwracać się do nich właśnie tak. Szanowna PANI. Szanowny PANIE.
Ale w szkole prócz nauki budowy pantofelka, dorzecza Nilu i nizin Eurazji, orzeczenia i przydawki przymiotnikowej uczy się jeszcze jednej rzeczy. Umyka ona nam wszystkim i nie jest nawet rozpisana w którejkolwiek podstawie programowej. Ta umiejętność nie jest wiedzą ani praktyczną, ani filozoficzną, ani teoretyczną. Jest to wiedza ODRUCHU. Jest to wiedza behawioralna.
Za pełną wiedzę o pantofelku dostaniemy 6, za umiejętność znalezienia lewego dopływu Nilu 5+, buntując się przeciwko zasadności nauki przydawki przymiotnikowej, też część wiedzy o niej przyswoimy. Ale w czasie tej nauki rzeczy przydatnych i nieprzydatnych uczymy się dodatkowo czegoś co nas później pogrąża całe życie. Pogrąża mocno, ponieważ ta wiedza wchodzi głęboko w nasz behawioryzm, tak głęboko jak w psa, który całe życie był bity i nawet gdy będzie już bezpieczny, będzie się kulił z powodu podniesionej ręki.
Uczymy się oczekiwać OCENY innych, przeżywamy LĘK PRZED ZŁĄ OCENĄ innych, po każdej czynności w życiu dorosłym. Nie potrafimy się SAMOOCENIĆ. Nie potrafimy mieć dystansu do OCENY innych.
Wiedza o pantofelkach, o przydawkach, o dopływach Nilu, o cieple właściwym umknie w mniejszym lub większym stopniu, ale ODRUCH, behawioralna reakcja przed innymi ludźmi, gdy wyrażamy opinię, zdania, własne przemyślenia, będzie taka sama jak w szkole. Będziemy oczekiwać OCENY o innych, będziemy odczuwać LĘK przed tą oceną. Będziemy podatni na te manipulacje. Dalej będziemy UCZNIAKAMI w krótkich portkach.
To jest największa wiedza, którą wynosimy ze szkoły. Behawioralne odruchy, które przeszkadzają nam stać się PANEM i PANIĄ.
Ciekawe komu to przeszkadza, abyśmy w pełni dorośli?
Bo nam to na pewno przeszkadza, gdy całe życie uginamy kark, słysząc OCENĘ innych naszego życia.

Marcin Stiburski
Szkoła Minimalna

czwartek, 19 grudnia 2019

Gra przeciwieństw

Po co? - Gra przeciwieństw.

Jedna grupa dzieci z piątej klasy zagadała mnie jak to się stało, że byłem w telewizji? Czy można tam jakoś zadzwonić i się wprosić? Odpowiedziałem, że to nie ode mnie zależało, lecz sami dziennikarze z telewizji mnie tam zaprosili. Gdy się spytali dlaczego, odpowiedziałem że napisałem kilka kontrowersyjnych tekstów o szkole i umieściłem je w internecie, i że ludzie zaczęli o nich rozmawiać. A co tam napisałem, dopytywali. Jeden z uczniów sam wyprzedził i powiedział, że chcę zlikwidować świadectwo z paskiem.

I tu zaczyna się rozmowa ze zdziwionymi uczniami.

A po co likwidować świadectwo z paskiem, za który mam nagrodę w postaci nowego telefonu? - pyta jedno z nich.

Gdy pytam, czy możesz dostać taki nowy telefon bez świadectwa, widzę na twarzy totalne niezrozumienie. Ciągnąc temat mówię, że tak naprawdę marzę o likwidacji wszystkich ocen, aby dzieci uczyły się bez ocen. Zdziwienie uczniów przechodzi na kolejny poziom.

Padają słowa: „Ale po co wtedy się uczyć?”.

Piątoklasiści czyli około 10-11 letnie dzieci już nie widzą innego celu nauki niż uzyskanie oceny.

Gdy mówię, że przecież uczycie się dla siebie, dla własnej wiedzy, patrzą na mnie jakbym mówił po chińsku.

Czy nauka w szkole jest jedynie dla ocen?

Po głębszym zastanowieniu, z rozbrajającą szczerością można powiedzieć że TAK.

Nauka w szkole jest jedynie dla oceny!

Ale chodzi tu o szkolną naukę w szkole, a nie naukę.

Ta nauka, ta treść wiedzy szkolnej, jest czymś totalnie innym od nauki i wiedzy w ogólnym znaczeniu.

Nauka szkolna różni się od nauki, tak samo jak sprawiedliwość społeczna od sprawiedliwości. Wydaje się, że dodanie przymiotnika zmienia znaczenie uniwersalnego pojęcia.

Skoro sprawiedliwość jest sprawiedliwością, to dodanie przymiotnika nic nie powinno zmieniać w znaczeniu słowa. Tak samo z nauką i nauką szkolną. Nauka powinna pozostać nauką. Tak się nie staje.

Dodanie przymiotnika powoduje, że pojęcie znaczy coś zupełnie innego, staje się wręcz jego przeciwieństwem. I tak jak sprawiedliwość społeczna jest przeciwieństwem sprawiedliwości, a nauka szkolna jest przeciwieństwem nauki.

Naukę bez przymiotnika uprawia się dla samej nauki, dla zdobycia kolejnych elementów wiedzy.

Natomiast naukę szkolną uprawia się dla oceny, bez konieczności zdobywania kolejnych elementów wiedzy. Wystarczy, że uzyskamy odpowiednie oceny i wszyscy są szczęśliwi.

I gdy próbuje się zabrać te oceny, wtedy pojawia się pytanie po co się uczyć.

To pytanie „po co się uczyć?” jest w przypadku nauki szkolnej jak najbardziej na miejscu.

W przypadku nauki nauki, takie pytanie nigdy by nawet nie powstało.


Marcin Stiburski
Szkoła Minimalna

sobota, 14 grudnia 2019

Czołganie się w błocie

Przymus VS dobrowolność.

Czy kochasz czołganie się w błocie?

Jeżeli szkoła ma w podstawie programowej zapisane czołganie się ucznia w błocie i to czołganie jest super wartością społeczną, którą ustawodawca chce wykształcić w populacji, to aby do tego przekonać uczniów, musi mieć odpowiednie narzędzia.

Spokojnie możemy założyć, że dużej części uczniów takie czołganie nie będzie się podobać, choć pewnie znajdą się wyjątki, które to pokochają.

Aby przekonać niezdecydowanych, szkoła wymyśla sobie narzędzia przymusu, baty, pałki elektryczne, zestaw krzyków, inwektyw. Narzędzia te sprawiają, że niezdecydowani, nie rozumiejąc istoty czołgania w błocie, wykonują je ze strachu przed konsekwencjami.

Subtelniejszymi narzędziami przymusu są oceny, będące symboliczną nagrodą i karą. Stworzyliśmy mit wartości tej symbolicznej oceny, w który część społeczeństwa uwierzyła jak w jakąś religię.

Dawniej sami rodzice, mając duże zaufanie do szkoły, wspomagali w przekonywaniu niezdecydowanych i współpracowali ze szkołą w stosowaniu narzędzi przymusu. Jednak z biegiem lat, edukacja społeczna spowodowała, że zaczęliśmy dostrzegać w środkach przymusu elementy szkodliwe, uwłaczające godności ludzkiej, zaczęliśmy coraz częściej dzieci traktować jak ludzi.

I tak zabroniliśmy batożenia, krzyków, inwektyw, a z biegiem czasu dostrzegliśmy także problem z ocenami, symbolicznymi nagrodami i karami, w które wierzyliśmy że cokolwiek odzwierciedlają.

I nagle stajemy w szkole w patowej sytuacji.

Mamy przymus czołgania się w błocie, ale pozbyliśmy się wszystkich narzędzi przymusu.

I uczniowie to zauważyli.

W tym momencie mądre głowy podsunęły pomysł, abyśmy stworzyli kreatywne pomysły, jak oczarować uczniów, nie sięgając po środki przymusu, aby ci uczniowie zahipnotyzowani zrealizowali nasz plan czołgania się w błocie.

I zaczynamy popadać w paranoję kreatywności, kończąc niejednokrotnie na tańcu na rurze w stringach przed uczniami, aby ci zauroczeni naszym tańcem, zaczęli się czołgać w błocie.

Ale uczniowie nie są głupi.

Widzą absurd konieczności nauki czołgania się, widzą że pozbyliśmy się wszelkich narzędzi przymusu, widzą nasze groteskowe próby przekonania ich, aby pokochali czołganie się w błocie.

I w efekcie zaczynają nami gardzić.

Bo albo mamy chęć przekonania kogoś do absurdalnej czynności i mamy narzędzia przymusu.

Albo gdy się tych narzędzi pozbędziemy, mamy grupę ludzi która stanie i powie: „PO CO MAMY SIĘ CZOŁGAĆ?”.

Bo nie wszystkich da się przekupić, nawet najbardziej fantastycznym tańcem w stringach na rurze.

I aby ten pat rozwiązać, musimy albo wprowadzić ponownie narzędzia przymusu, albo zrezygnować z naszych chęci nauczenia wszystkich bez wyjątku czołgania się w błocie.


Marcin Stiburski
Szkoła Minimalna

piątek, 13 grudnia 2019

System działa bo się zazębia.

Za mało, za mało, za mało.

Dwie klasy uczone przeze mnie tak samo. Dwie klasy czwartoklasistów. Obie o podobnym potencjale. W obu dzieci lubią matematykę, cieszą się gdy jest zastępstwo z matematyki, witają mnie rano słowami "fajnie że dziś będzie matematyka".

W obu klasach nie zadaję prac domowych, w obu dzieci hurtowo chodzą do tablicy, w obu lubią bawić się matematyką.

Oczywiście nie w 100% populacji, bo byłoby zbyt cukierkowo. Są pojedyncze osoby, które nie mają tyle zapału co koledzy.

Niby nie można dostrzec żadnych różnic. Różnice pojawiły się na wywiadówce.

Jedni rodzice w jednej z grup ze zrozumieniem obserwują moje poczynania, cieszą się z tego że dzieci lubią matematykę, że nie są do niej zrażone.

Jednak w drugiej grupie pojawia się zgrzyt.

Gromkim głosem oznajmia się, że dzieci nic nie umieją, że nic nie pracują w domu, że mają za dobre oceny, czyli 6, że rodzice boją się jak pójdzie egzamin ósmoklasisty za cztery i pół roku.

Tak, mowa tu cały czas o uczniach czwartej klasy.

Być może już dziś są zarezerwowane miejsca w topowych liceach, a ja nie przykręcając śruby marnuję powierzone mi dzieci.

Część rodziców chciałaby nawet zmiany nauczyciela na bardziej stanowczego i klasycznego.

System działa.



Marcin Stiburski
Szkoła Minimalna

wtorek, 10 grudnia 2019

Szkoła Minimalna w skali minimalnej

Szkoła Minimalna w skali minimalnej.

Czy można żyć cały czas na wysokich obrotach w przestrzeni publicznej? Czy można cały czas pisać cięte teksty, które będą miały ogromne pole rażenia? Czy wyrażanie różnych prowokacyjnych tez, ma się kończyć na ostatniej kropce we wpisie?

Aby Szkoła Minimalna zagościła w naszych szkołach, powinna zagościć w każdej naszej małej przestrzeni szkolnej. Trywialnie mówiąc, ważna jest praca u podstaw.

Na naszej grupie pojawiło się 5 tys. wpisów, 116 tys. komentarzy poruszających różnorodne aspekty rzeczywistości szkolnej. Morze inspiracji.

Ale prócz efektownej zabawy na stronach Facebooka ważne, aby te inspiracje trafiły efektywnie do naszych szkół.

Dzięki Waszym inspiracjom, sam się zmieniam i moje relacje z uczniami w mojej własnej szkole. Bo przecież nie chodzi o to, aby stworzyć kolejny fajny, udostępniany wielokrotnie wpis, a o to aby kolejny uczeń wychodził ze szkoły z uśmiechem i chętnie do niej wracał kolejnego dnia.

W swojej szkole mam do czynienia z dziewięcioma klasami i około dwustoma uczniami. Na życie tych dwustu uczniów mam realny wpływ. Sam siebie rozliczam z tego, jaki ten wpływ jest.

A nasza grupa.

Cały czas się rozwija. Cieszę się z tego, że jest wiele wpisów innych osób i przyznam się, że nie jestem w stanie wszystkich wpisów czytać. Niech żyje różnorodność.

Cieszę się także z słów krytycznych. One świadczą, że jest oddziaływanie, że coś w naszych sercach mówi, że temat szkoły wart jest pochylenia się nad nim. A że zdania są różne… cóż.

Grupa przy tak wielu członkach nie będzie jednorodna, ale byłoby niesamowicie źle, gdyby taka jednorodność powstawała.

Każdy niech bierze z niej tyle ile zechce, tyle ile potrafi przyjąć i niech to przenosi w realny swój świat, do prawdziwych odbiorców tych informacji, do naszych uczniów.


Marcin Stiburski
Szkoła Minimalna

niedziela, 8 grudnia 2019

Lektura z Wikipedii

Lektura z Wikipedii.

Często w zadaniach z egzaminów z języka polskiego, pojawia się pytanie o przytoczenie jakiś argumentów z przeczytanych książek. W domyśle chodzi autorom zadań o to, aby wspomnieć treści z przeczytanych lektur szkolnych.

Znam osobiście jednego maturzystę, który nie przeczytał ani jednej lektury, posiłkując się na lekcjach jedynie opracowaniami. Do samej matury nie przypomniał sobie materiału z opracowań, bo to był według niego proces czasochłonny i niepotrzebny.

Gdy w czasie egzaminu przyszła kolej na przytoczenie jakiś faktów z jakieś książki, które ilustrowałyby opisywaną tezę, człowiek ten, stworzył naprędce książkę i autora oraz fabułę, która była mu na czas egzaminu potrzebna.

Stres go dopadł, gdy podzielił się tą informacją z nauczycielem po egzaminie. Ten go nastraszył, że to błąd kardynalny, który spowoduje odrzucenie danego zadania.

W tym stresie myślał przez moment nawet nad stworzeniem odpowiedniego wpisu w Wikipedii, który uwiarygadniałby istnienie danej książki. Lecz przemyślał sprawę i zrezygnował z tego, gdyż wiele książek nie jest opisanych w Wiki.

Cała historia skoczyła się bardzo dobrze. Nie wiadomo jakimi kryteriami rządził się oceniający, ale za maturę z języka polskiego wspominany człowiek otrzymał 60%.

Z wyniku był zadowolony. A satysfakcją dodatkową było to, że do uzyskania tego wyniku nie przyczyniła się żadna lektura szkolna.

Pytanie które stawiam jest takie. Czego chcemy nauczyć uczniów z przedmiotu o nazwie język polski?
Historii literatury, czy sprawnego wypowiadania się i wyrażania myśli?


Marcin Stiburski
Szkoła Minimalna

czwartek, 5 grudnia 2019

Metoda widelca

Metoda widelca.

Metoda ta jest stosowana w szkołach w subtelny sposób, rzadko realizowana tak dosadnie jak w poniższym opisie. Bo obiektywizm oceniania jest zawsze subiektywny.
Przedstawię tu jej wersję maksymalną, którą raz jeden doświadczyłem sam na własnej skórze.

Na jednym z egzaminów na politechnice, na której studiowałem krótko przed studiami na uniwersytecie i fizyce, otrzymałem informację od starszych kolegów, że egzaminator ocenia metodą widelca. Polega ona na tym, że egzaminujący wbija widelec w stos prac egzaminacyjnych i te które się nabiją są pracami szczęśliwców, którzy ten egzamin zaliczyli.

Wydawało mi się to wówczas absurdalne, ale uznając informacje kolegów za prawdziwe, przygotowałem się do tego egzaminu solidnie.

Wziąłem też na ten egzamin papier samokopiujący, aby zachować kopię swojej pracy.

Będąc przekorny, zrobiłem to jednak ostentacyjnie, pokazując egzaminatorowi, że taką kopię zachowuję dla siebie.

Można byłoby się spodziewać rezultatu. Widelec w moją pracę się nie wbił.

Ale dysponowałem kopią pracy, którą wielokrotnie przestudiowałem i uznałem, że nie zasługuję na ocenę niedostateczną.

Egzaminator był doktorem, więc udałem się do jego przełożonego profesora, na konsultacje.

Ten po przejrzeniu pracy, powiedział mi, że zadania są poprawnie rozwiązane.

Jako narwany dwudziestoparolatek napisałem podanie do dziekana, o ponowne ocenienie mojej pracy. I rozpętałem wydziałowe piekło. Podanie przekazano do zastępcy kierownika katedry, czyli profesora który ocenił moja pracę pozytywnie, ten konsultując przekazał ją kierownikowi katedry, który był wówczas jednocześnie rektorem politechniki. Finalnie dużo pism, dużo rozmów, ale najważniejsza informacja pozostawała niezmienna. Nie możemy zakwestionować sposobu oceniania wykładowcy, uznając jego autonomię i proponujemy jedynie egzamin komisyjny.

Upierałem się, że egzamin komisyjny jedynie zweryfikuje moją wiedzę, w dniu jego odbycia, a nie dotknie tematu dla mnie istotnego, czyli sposobu ocenienia mojej wcześniejszej pracy.

Nie poszedłem na ustępstwa, w konsekwencji nie zdałem semestru, wziąłem papiery i przeniosłem się na fizykę na uniwersytet.

Mówię czasami tą historię swoim uczniom i informuję ich, że mam jako nauczyciel takie prawo, aby losowo wybranej osobie, ot tak postawić ocenę niedostateczną, na półrocze i koniec roku. Że mogę to zrobić totalnie jawnie, nawet informując resztę klasy o takim zamiarze i że nic nikt nie będzie mi w stanie nic zrobić.

Tak skrzywdzonemu uczniowi pozostanie jedynie egzamin komisyjny, który oczywiście zda, ale ten egzamin nie zachwieje moim wcześniejszym postanowieniem o wystawieniu oceny niedostatecznej.

Zawsze będę mógł powiedzieć, że uczeń wcześniej nie umiał, a na egzamin komisyjny w sposób niewytłumaczalny dla mnie zdołał opanować materiał. Wcześniej był leniem, ale w sytuacji stresowej się zmobilizował.

Metoda widelca jest niewiarygodnie skuteczna.

Dlatego dziś sam wbijam swój widelec w prace uczniów tak, że sięga blatu biurka i wiem, że nabite są na niego wszystkie prace. I ze spokojem mogę wystawić wszystkim ocenę 6.


Marcin Stiburski
Szkoła Minimalna

DZIEWIĘĆ ZŁOTYCH

Podsycanie napięcia.

Wydawnictwo znowu na pierwszej linii.

Obecnie odbywa się w niektórych szkołach podstawowych próbny egzamin ósmoklasisty, w cenie ok 9 zł od ucznia, co przy 390 tys. ósmoklasistów, daje atrakcyjny tort do przygarnięcia.

Każdy, nie chcąc być posądzony o opieszałość, będzie się starał taki egzamin przeprowadzić.

Bo na nuż uczniowie źle zdadzą w kwietniu i będzie trzeba się tłumaczyć.

Dlaczego w nieodpłatnym szkolnictwie publicznym w Polsce nie można przygotować ucznia nieodpłatnie do egzaminu, który wymusza na nim system?

Dlaczego Centralna Komisja Egzaminacyjna nie publikuje próbnych zestawów egzaminacyjnych?

Dlaczego tą rolę przejęły wydawnictwa?

Czy chodzi tu podobnie o znany już fragment prawa „lub czasopisma”?

Może gdzieś jest inny fragment prawa „lub wydawnictwa”? Tego nie wiem.

Egzamin Centralnej Komisji Egzaminacyjnej ma się tak to egzaminu wydawnictwa, jak podstawa programowa zawarta w ustawie, do wydanego podręcznika przez wydawnictwo.

A już wiemy, po wielu rozmowach, jak obszerne są treści podręczników.

Cały czas nurtuje mnie następujące pytanie.

Czy treści egzaminów są zgodne z podstawą programową, w szczególności z preambułami poszczególnych działów? To dotyczy i egzaminów proponowanych przez CKE, jak i egzaminów proponowanych przez wydawnictwa.

Pozwalamy na działania podmiotów prywatnych w sferze publicznej edukacji, nad którymi nie mamy kontroli. Być może później CKE skorzysta z pomysłów wydawnictw i umieści w swoim egzaminie podobne zadania. Tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że w szkołach podstawowych rośnie atmosfera grozy, niczym w liceach przed maturą. Nie doświadczałem takiej presji 40 lat temu. Można wręcz powiedzieć, że ósma klasa była wtedy na początku lat 80-tych najspokojniejszym czasem nauki w szkole podstawowej, kiedy to nauczyciele nie chcąc zepsuć nam przyszłego życia, odpuszczali, życzyli nam wszystkiego dobrego.

Pamiętajcie! Obecnego egzaminu ósmoklasisty nie można nie zdać. Mówi o tym Art. 44q Ustawy o systemie oświaty, że uczeń chcąc ukończyć szkołę podstawową musi przystąpić do tego egzaminu, a ewentualne punkty mogą być przydatne jedynie w szkołach, które oczekują wysokich not. Można przyjść na ten egzamin zakodować go, oddać i wyjść. I ukończyć szkołę podstawową. I wybrać szkołę, nie topową, a zwykłą, ciekawą, w której uczysz się dla siebie, gdzie możesz zdać tą samą maturę za cztery lata, zdając ją także na 100% dzięki swojej własnej, niewymuszonej pracy.

Zastanawia mnie jeszcze jedna kwestia.
Czy nie byłoby ciekawiej, nie wiem czy lepiej, gdyby w egzaminach CKE była stała liczba konkretnych pytań?
Analogicznie jak w egzaminie na prawo jazdy.
https://e-testynaprawojazdy.pl/aktualnosci/Ile-jest-pytan-na-prawo-jazdy



Marcin Stiburski
Szkoła Minimalna

wtorek, 3 grudnia 2019

Skuteczność nauki

Sposoby nauczania przez różnych nauczycieli.

1) Pierwszy nauczyciel jedynie mówi na lekcji: „Światło białe padające na pryzmat, rozszczepia się na nim na poszczególne barwy składowe”.

2) Drugi nauczyciel pokazuje planszę, na której widać rysunek strumienia światła białego padającego na narysowany pryzmat i wychodzącego z niego strumieni poszczególnych barwnych świateł.

3) Trzeci nauczyciel uruchomi na rzutniku i tablicy multimedialnej filmik z YouTube, na którym będzie prezentowane doświadczenie rozszczepienia światła białego na pryzmacie.

4) Czwarty nauczyciel przygotuje pryzmat i źródło światła białego i zademonstruje to doświadczenie uczniom.

5) Piąty nauczyciel przygotuje stanowiska z pryzmatami i źródłami światła białego dla kilku grup uczniów, gdzie będą mogli samodzielnie przeprowadzić eksperyment.

6) Szósty nauczyciel jedynie powie:
„Wyciągamy karteczki”.

I może się okazać, że przy określonych okolicznościach, ten ostatni nauczyciel uzyska najwyższe noty w rankingach zdawalności swoich uczniów. Będą oni doskonale przygotowani do testów, sprawdzianów, egzaminów.

I nie będzie ważne, że uczniowie nie doświadczą magii nauki.

Ważne, że będzie mógł się pochwalić dużą skutecznością swojego sposobu nauczania. Wygra jeden czy drugi ranking.

Być może „Wyciągamy karteczki” jest rzeczywiście magiczne i należy tą metodę upowszechniać?

ps. opis szóstego nauczyciela typu „wyciągamy karteczki”, jest pomysłem moich uczniów, gdy mówiłem im o różnych sposobach prezentacji doświadczeń fizycznych, a oni dorzucili swój typ nauczyciela.


Marcin Stiburski
Szkoła Minimalna

poniedziałek, 2 grudnia 2019

Detox szkolny

Detoks szkolny w szkole publicznej.

Zadziwiające co się dzieje z dziećmi gdy zafunduje się im detoks od sprawdzianów, kartkówek, prac domowych i odpytywania przy tablicy. Gdy uczniowie uczą się bez tych uważanych przez nas dorosłych niezbędnych atrybutów edukacyjnych.

Niestety aplikujemy te elementy przymusowo, jako obowiązek, który staje się z czasem przykry, nieznośny, bolesny.

Ostatnio na lekcji matematyki, podczas kolejnej masowej wędrówki uczniów do tablicy, jeden z uczniów zaczął zachowywać się hałaśliwie, przeszkadzając innym w pracy. Po kilku próbach zwrócenia mu uwagi, gdy kolejny raz będąc przy tablicy przeszkadzał innym przy niej pracować, powiedziałem mu, że na kolejnej lekcji zabronię mu pracy przy tablicy.

Spochmurniał i był apatyczny do końca lekcji.

Stało się coś co jest nietypowe w standardowej szkole. Odpowiedź przy tablicy stała się nagrodą, a brak takiej możliwości, karą.

Dziś miałem kolejną ciekawą obserwację związaną z detoksem szkolnym.

Podeszła do mnie uczennica i poprosiła mnie o… SPRAWDZIAN.

Nagle coś co wywołuje lęk, stało się atrakcją i pożądanym elementem. Wręcz rozrywką.

Sam jestem zdziwiony takim obrotem sprawy.

A zadania domowe? Tu także dzieją się dziwne sprawy. Wśród uczniów pojawiła się rywalizacja kto szybciej uzupełni cały zeszyt ćwiczeń, który nie jest obowiązkowy. Cały zeszyt ćwiczeń, przewidziany na cały rok nauki. Już są osoby, które samodzielnie bez mojego polecenia wykonały nawet trzy czwarte tego zeszytu ćwiczeń.

Na koniec tej relacji z klasy matematycznej, wspomnę o kolejnym edukacyjnym elemencie. O ocenie wystawianej przez nauczyciela.

Aby zastąpić ocenę nauczyciela, utrwalam uczniom techniki autocenzury. Oceniają się albo przez działanie odwrotne, bądź przez sprawdzenie odpowiedzi, albo mogą się sprawdzić robiąc zadanie nawzajem dla siebie.

I nagle zbędny staje się nauczyciel.

I zamiast nauczyciela, zadające prace domowe, robiącego sprawdziany, odpytującego przy tablicy i oceniającego, jestem nauczycielem który nic nie robi w sensie klasycznym, a uczniowie sami się uczą.

Jaka jest wtedy rola takiego nauczyciela?


Marcin Stiburski
Szkoła Miniamalna

niedziela, 1 grudnia 2019

WIKI - Szkoła Minimalna

Grupa się rozrasta. Jest nas 13 tysięcy i pojawiają się glosy, abym przyjechał tu na Kasztance lub przeskoczył mur stoczni i zainicjował COŚ konkretnego.

Tylko już wiele razy mówiłem, że nie ja na MY.

Grupa ma przede wszystkim inspirować, pokazywać że można inaczej i że się tak po prostu inaczej zwyczajnie da.

Zrozumcie, że jestem sobie zwykłym człowiekiem, który chodzi do Biedronki po chleb i nie mam w swojej przestrzeni miejsca, aby być Marszałkiem, Naczelnikiem, Prezesem, Przewodniczącym.

Przypadek sprawił, że napisałem to co napisałem, że powstała Szkoła Minimalna jako idea.

Ale mówię też o tym cały czas, że tą ideę oddałem na licencji wolnościowej GNU GPL.

Mimo głosów krytycznych, słyszę także dużo głosów pozytywnych, którym to wolnościowe podejście do grupy pasuje i wyróżnia ją z innych podobnych.

Ale aby myśli, którymi się tu dzielimy nie umykały, zachęcam kilku chętnych, aby pod szyldem Szkoły Minimalnej stworzyli i uzupełniali WIKIPEDIĘ Szkoły Minimalnej.

Na naszej grupie są setki wartościowych informacji, które giną w mrokach przepastnej studni Facebooka.

Grupa WIKIPEDYSTÓW Szkoły Minimalnej wyławiałaby cenne spostrzeżenia i katalogowała tak, aby po pewnym czasie łatwo można byłoby odszukać informację.

Nie chcę tą grupą zarządzać, bo uważam, że grupa taka powinna mieć całkowitą ode mnie autonomię.

Nie chcę być tu prezesikiem ciągnącym wszystkie możliwe sznurki.

Także, jeżeli pod tym postem dogadacie się wzajemnie, sami wybierzecie narzędzia, czy sposób pracy, bo czujecie wewnętrznie że po prostu warto, to będzie wspaniale.

Pamiętajcie nie ja, a MY.



Marcin Stiburski
Szkoła Minimalna