niedziela, 26 stycznia 2020

Marzenia lotu z gniazda

O czym marzy dzisiejsza młodzież.

Każde pokolenie winno mieć swoje marzenie. Gdy go nie ma jest dół psychiczny. To marzenie pcha nas do przodu, daje energię. W obecnym pokoleniu młodych ludzi brakuje marzenia, idei która pchałaby ich w przyszłość. Być może jestem na to ślepy. Wcześniej były takie: dorobienie się do standardów zachodu, wyzwolenie z komuny, eksploracja kosmosu, odbudowa kraju po wojnie, wygranie wojny, wyzwolenie się spod zaboru.
Młodzież musi się zbuntować przeciwko nam i wybrać sobie jakiś swój cel, w który zacznie wierzyć i o nim marzyć.

Obecnie wśród młodzieży wyczuwa się apatię i obecna jest myśl, że Świat jest już ułożony, zapchany, wypełniony wszystkim co było wcześniej. Starsze pokolenia żyjąc coraz dłużej nie chcą umierać dla młodzieży, robiąc miejsce dla kolejnych pokoleń.

Brakuje obecnie w naszym społeczeństwie odpowiednika „Dzikiego Zachodu” lub „Przestrzeni Za Oceanami Wielkich Odkryć Geograficznych”. Tego typu przestrzenie są w każdej generacji eksplorowane przez młodych, to o tych przestrzeniach młodzi dyskutują i marzą.

Dziś, robią to po części w przestrzeni „Wirtualnego Świata”, ale ten świat jest obok i czasami się z niego wylogowują i dostrzegają świat w którym realnie istnieją. To tworzy mechanizm uzależniający i ucieczkowy, który jest jedynie częścią całego świata. To nie „Dziki Zachód” będący nim cały czas, w całej przestrzeni.

Patrząc na historię widzimy, że to zawsze młodzi byli najbardziej aktywni w różnych „Dzikich Zachodach”, to młodzi kolportowali ulotki w PRL-u. To młodzi jeździli na rynek w Berlinie Zachodnim.

Dziś młodzi popadli w apatię. Nawet politycznie nie są aktywni.

Tylko czy te okoliczności są wynikiem naszych dorosłych działań, czy wynikają z ogólnoświatowych trendów? Ale wydaje mi się, że to my dorośli, zbyt mocno określiliśmy świat dzieci i młodzieży, zbyt mocno doprecyzowaliśmy, każdy szczegół ich życia, korzystając ze zdobyczy technologicznych. I przez lata pozbywaliśmy ich naturalnej odwagi w eksploracji. Zaczyna się niewinnie, od nie brudź się, od nie wspinaj, od nie oddalaj się, od ciągłej nadkontroli. I wtedy po latach usycha w młodych chęć eksploracji i snucia marzeń.

Czy dziś nakręcono by filmy „Stawiam na Tolka Banana”, „Siedem stron Świata”, „Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek”. W tych historiach dzieci i młodzież samodzielnie eksplorują świat, walczą o jakieś ideały. Czy w wersjach dzisiejszych bohaterowie nie byliby na smyczy swoich rodziców?

Dziś z tych historii pozostałaby farsa, gdybyśmy włączyli swoją nadkontrolę i przeszkodzili młodym samodzielnie doświadczać rzeczywistości.

I przez to, że kontrolujemy rzeczywistość młodych, uciekają oni w rzeczywistość wirtualną, gdzie są większymi specjalistami od nas. Tylko niestety rzeczywistość wirtualna nie jest kompleksowa, jak cały „Dziki Zachód”. Rzeczywistość wirtualna jest obecnie jeszcze zależna od tej rzeczywistej rzeczywistości. I przeskakiwanie z jednej do drugiej frustruje. A gdy frustracji jest za dużo, to umierają marzenia.

Dlatego dajmy więcej wolności w rzeczywistym świecie młodym, aby mogli kompleksowo odkrywać swój „Dziki Zachód” na pograniczu świata rzeczywistego i wirtualnego lub jakikolwiek inny, którego my nawet nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.

Może czas rozważyć obniżenie wieku pełnoletności o rok lub dwa. Przecież w wielu kulturach samodzielność społeczna zaczynała się dużo wcześniej. Może byłaby nieporadna, ale miała szansę rozkwitać. I dziś zamiast zaradnych 14-latków, mamy niezaradnych 30-latków, coraz bardziej uzależnionych o nas i coraz bardziej sfrustrowanych.

A wystarczy tylko w odpowiednim momencie oddać młodym sprawczość.

Bo młody człowiek marzy przede wszystkim o wolności.

Wolności od reguł Starego Świata.


Marcin Stiburski

środa, 8 stycznia 2020

MEN = konserwator zabytków

Gdy czasami oglądałem zdjęcia zamku Neuschwanstein i zastanawiałem się nad historią jego powstania, uderzała mnie jedna niepokojąca myśl. Ten zamek nigdy by nie powstał w czasach współczesnych, nawet gdybyśmy dysponowali odpowiednimi środkami.

Otóż, obecnie główną przyczyną przeszkadzającą powstaniu takiego budynku, byłby konserwator zabytków. Zamek Neuschwanstein powstał w swojej obecnej formie, dzięki dziesiątkom modernizacji i wyburzeń, bez szacunku dla dawniejszych form. Obecnie zamek jest już chroniony przez konserwatora zabytków i od tego momentu już się nie zmienia i o dziwo nam się podoba.

Drugi obszar, który mnie interesował to polska ortografia. Jako uczeń zastanawiałem się dlaczego mamy te różne znaki dla tych samych dźwięków i jako młody rewolucjonista chciałem to wszystko uprościć do jeszcze większego podobieństwa fonetycznego, jak Brunon Jasieński w „Mańifeście w sprawie ortografji fonetycznej”. Bo przyglądając się publikacjom o historii polskiej ortografii, widziałem jak mocno nasza pisownia ewoluowała. Ale tu wkracza inną instytucja, Rada Języka Polskiego, która ukróciła naturalną ewolucję języka, standaryzując go i usztywniając.

Także konserwator zabytków zamroził możliwości zmiany architektonicznej, a Rada Języka Polskiego zamroziła naturalną ewolucję języka.

Być może świat XIX i XX wieku potrzebował standaryzacji, budowania niewzruszonych wzorców poczynając od wzorca narodu, a kończąc na wzorcach komunikacji.

Tylko wszystko może byłoby fajnie, gdyby dotyczyło jednego, wspólnego państwa światowego. Wzorem Państwa Środka i cesarza Qin Shi Huang unifikującego pismo.

Ale nie jesteśmy jednym państwem, czy cesarstwem, a okopaliśmy się w swoich małych przyczółkach i tam wdrożyliśmy sztywne reguły zamrażające różne domeny naszej rzeczywistości, bardzo utrudniając wzajemne zbliżenie oraz zwykłą modyfikację.

Ten sam mechanizm standaryzacji dotyczy edukacji. Przez wieki edukacja ewoluowała jak budowla bez nadzoru konserwatora zabytków lub ewoluowała jak język przed powstaniem Rady Języka Polskiego. Edukacja ewoluując dostosowywała się do zmieniających się potrzeb świata.

I budynki się dostosowywały i język i edukacja. Były po prostu praktyczne w danej rzeczywistości. Ale ta różnorodność i elastyczność widocznie kogoś mocno przeszkadzała.

I edukacja 100 lat temu zastygła. Strażnikiem zastygnięcia jest obecnie MEN, będący odpowiednikiem konserwatora zabytków i Rady Języka Polskiego?

Cały czas mamy wrażenie, że edukacja przypomina skansen, czuć w niej zapach starości i stęchlizny, jak w zabytkach klasy zero lub archaizmach językowych.

Czy nie byłoby korzystne obecnie porzucenie krępujących nas gorsetów. Gorseciarze są jeszcze obecnie silni, ale na szczęście pokolenie młodych, to pokolenie kosmopolityczne, które ma w głębokim poważaniu standardy naszych małych przyczółków regionalnych. Kto rozmawia z młodymi ten widzi, że akcenty narodowe, lokalne ustępują tym globalnym.

Bo dzisiejszy świat to Wioska Globalna, która wykuwa nowe wspólne standardy, tak jak są wspólne dla wszystkich światowe domeny WWW.

I niedługo edukacja nie będzie polska, brazylijska, japońska, a po prostu jakaś wypadkowa światowa w sensie nie narzuconych arbitralnie, a pragmatycznych rozwiązań. Pytanie jest takie, czy będziemy chcieli ją współtworzyć, czy okopiemy się w swoim konserwatyzmie i przez kolejne dekady pielęgnować będziemy zabytek klasy zero polskiej edukacji?


Marcin Stiburski

sobota, 4 stycznia 2020

Suszona Szkoła jak odżywcze rodzynki

Suszenie rodzynek.

Gdyby tak nauczyciel w szkole spełnił jedynie tyle to co musi uczeń. Taki strajk włoski, ale z korzyścią dla dzieci. Czyli 24, 25, 25, 31, 31, 26, 29, 25, 19 tyle 45 minutowych odcinków od 4 klasy SP, do 4 klasy LO wynikające z ramowych planów nauczania. To byłoby realizowane w dzienniku.

Teraz obkurczając, zakładając 51% frekwencję obowiązkową potrzebną do kwalifikacji, wychodziłoby w każdym roku obowiązkowych 45 minutowych lekcji odpowiednio: 13, 13, 13, 16, 16, 14, 15, 13, 10. Co po przeliczeniu na godziny zegarowe i podzieleniu przez 5 dni w tygodniu, dałoby odpowiednio odpowiednią ilość godzin zegarowych z nauczycielem, czyli 1,95, 1,95, 1,95, 2,4, 2,4, 2,1, 2,25, 1,95, 1,5 godzin zegarowych dziennie od 4 SP do 4 LO.

Czyli jak by to wyglądało realnie.
Lekcje byłyby rozrysowane wszystkie zgodnie z ramowym planem nauczania, ale bez przerw.

Oczywiście 49% zajęć sam nauczyciel siedziałby w klasie bez uczniów, którzy mogliby być nieobecni i usprawiedliwieni hurtowo przez rodziców. Na niezbędne 51% zajęć, uczniowie przychodziliby na wykład popularnonaukowy, z kluczowych elementów podstawy programowej i to zajmowałoby uczniom maksymalnie dwie i pół godzinny zegarowe dziennie.

Wszystkie tematy ze 100% podstawy programowej byłyby wpisywane do dziennika.

Z racji tego, że wszyscy byliby bardzo zdolni, otrzymywaliby z każdego przedmiotu sześć oraz zachowanie wzorowe. Hurtowo.

Przez pozostałe godziny obecności w szkole uczniowie mogliby podejść na lekcje z nauczycielem, który siedziałby sam w klasie z racji realizowania reszty obowiązkowych godzin ramowego planu nauczania.

W szkole nie byłoby żadnych akademii, wystąpień, konkursów, projektów i innych wypełniaczy szkolnych. To bardzo ważna zmiana. Te wypełniacze to też tłuszczyk, który chcemy obkurczyć.

Tylko wysuszone wykłady (51% kluczowych treści PP), oraz czas korepetycji (49% PP) i czas własny, wolny, na przygotowywanie się do egzaminu ósmoklasisty, do egzaminu maturalnego i ogromna przestrzeń na zawiązywanie relacji.

Rodzice zapisując dziecko do takiej szkoły deklarowaliby, że dziecko spędzi w niej ok. 6 godzin dzienne, np. od 9 do 15 i w tym czasie gdzieś pomiędzy odbywałyby się te skondensowane wysuszone maksymalne dwie i pół godziny wykładu. Cztery i pół godziny stanowiłaby praca własna, zainspirowana wykładem, wizytami u oczekujących na korepetycje nauczycieli oraz potrzebami własnymi.

Budynek przykładowej szkoły należałoby zmienić tak, że wyznaczyłoby się kilka sal wykładowych, a resztę zamienić na małe sale korepetycyjno-konsultacyjne. Pozostałą przestrzeń pozostawić uczniom na wolną przestrzeń, podzieloną na dwie strefy, głośną i cichą.

Czyli szkoła to duża świetlica osiedlowa, z dostępnymi korepetytorami za darmo oraz obowiązkowymi krótkimi wykładami popularnonaukowymi.

Tak mogłaby wyglądać rodzynkowa suszona szkoła podstawowa i liceum.



Marcin Stiburski