sobota, 31 sierpnia 2019

Efekt Utopionych Kosztów

Osoba niewykwalifikowana w szkole.

„Efekt utopionych kosztów” - zjawisko polegające na tym, że ludzie mają skłonność do trzymania się wcześniej podjętych decyzji nawet w sytuacji, gdy okazały się one niekorzystne, jeśli tylko były związane z poniesieniem dużych kosztów lub ze znacznym wysiłkiem. (Więcej Wikipedia)

Co do nieprzedmiotowców, to opowiem Ci o sobie. Wskoczyłem do szkoły rok temu jako jedynie fizyk, bo tylko takie mam kwalifikacje. Pracowałem w swoim życiu 17 lat jako administrator sieci w dużych instytucjach zarządzając setkami komputerów, serwerami i różnymi systemami. I co? Ano to, że mając ogromne doświadczenie w tej dziedzinie nie mogę uczyć np informatyki, choć mam kwalifikacje pedagogiczne dzięki fizyce. Tak samo nie mogę uczyć matematyki, choć ona na poziomie szkoły podstawowej jest dla mnie fizyka po prostu trywialna.

Jest wielu fachowców, którzy nie kończyli odpowiednich studiów nauczycielskich jak choćby geodeci, którzy nie mogliby uczyć w szkole geografii. Czy jacykolwiek technicy, którzy nie mogliby uczyć techniki. Wymogi kwalifikacyjne w szkołach są postawione na głowie. A że tak jest chyba każdy nauczyciel przyzna, gdy się zastanowi w jakim trybie zdobył swoje kolejne uprawnienia na kolejnych studiach podyplomowych.

I teraz choć mam kwalifikacje wynikające z doświadczenia zawodowego, oczekuje się ode mnie podjęcia studiów podyplomowych dla tzw papieru. Owszem w tym roku dyrekcja występuję o warunkową zgodę do kuratorium, abym mógł uczyć matematyki, ale co za rok, co za trzy lata?

A bądźmy szczerzy, co do wartości uzyskanych kwalifikacji na studiach podyplomowych sprofilowanych jako nauczycielskie. Są żenujące, to jedynie tzw papier.

Te dyplomy, to typowe dupochrony opisane w poprzednim moim wpisie. A najsmutniejsze jest to, że część nauczycieli traktuje te dokonania jak co najmniej NOBLE, egzaltując się przy licytowaniu ile to oni nie zrobili szkoleń i kolejnych studiów podyplomowych, podnoszących ich „KWALIFIKACJE”, przydających się także w grubych teczkach awansu zawodowego.

Wyraźnie działa tu wspomniany wyżej Efekt Utopionych Kosztów. A jak wiemy z psychologi argumentacja za uzasadnieniem poniesionych kosztów jest zawsze irracjonalna.

Szkoła polska jest przesiąknięta irracjonalizmem, utopiona w fałszywych, niepotrzebnych kosztach, którymi egzaltują się zmęczeni gonitwą w kółko nauczyciele, jak psy goniące swój własny ogon. Tylko, że psy z czasem przestają gonić swój ogon, a czy potrafią to zrobić nauczyciele?

Nikt nie ma odwagi stanąć i powiedzieć: „Stop, król jest nagi”.


Marcin Stiburski - Szkoła Minimalna

piątek, 30 sierpnia 2019

Im gorzej tym lepiej.


Czym gorzej tym lepiej.

Gorący czas przed początkiem roku. Nie tylko dla nauczycieli, ale przede wszystkim dla dyrekcji. Szkolni dyrektorzy usilnie poszukują na jeden dzień przed początkiem roku nauczycieli. Gdy w zeszłym roku zaproponowano mi pracę 15 sierpnia, to dzisiaj 30 sierpnia otrzymałem dodatkowe dwie propozycje pracy jako fizyk.

Jak bardzo mnie ta sytuacja cieszy. Taka sytuacja na rynku pracy jest idealna dla zmiany trendu w wynagrodzeniach. Także nie strajk w ciągu roku, a chociaż roczna zmiana pracy.

Nagle można negocjować warunki zatrudnienia, nagle można przebierać w ofertach. I nie trzeba tych ofert szukać, lecz one przychodzą do człowieka.

Dlatego musi być gorzej, aby było lepiej. Dlatego niech będzie jeszcze gorzej, a będzie jeszcze lepiej. A jak będzie całkowicie beznadziejnie i będzie totalna zapaść, to wtedy stanie się wręcz wspaniale i idyllicznie.

A dzieci? O, nie martwmy się o nie, one nie doświadczą żadnej straty życiowej, gdy nie nauczą się co to sporofit, przydawka przymiotnikowa, ciepło właściwe, czy wzór na deltę. Tych czterech przykładowych elementów nie zna spokojnie 50% Polaków i świetnie żyją bez tej wiedzy.

Ktoś powie, a co z egzaminem ósmoklasisty czy maturą? Litości, znam przykłady uczniów, którzy aby zdać maturę na 60% potrzebowali jedynie trzech miesięcy w miarę intensywnej pracy, kiedy wcześniej chodzili do szkoły na 51% zajęć, aby być klasyfikowanym na 2. Można? Można.

Także trzymam kciuki za coraz bardziej złą sytuację w polskiej szkole, życzę z całego serca coraz większej liczby wakatów. Może dzięki temu przyjdą w dalszej kolejności do szkół ludzie, żądając większych pensji i nie posiadając ministerialnych kwalifikacji, a jedynie zdrowe i życiowe umiejętności wynikające z doświadczenia zawodowego. Niech kuratoria mają udrękę wydawania zgód na prowadzenie przedmiotów przez nieprzedmiotowców.

Niech będzie gorzej, aby było lepiej. Wszyscy trzymajcie kciuki.
 
Marcin Stiburski - Szkoła Minimalna

wtorek, 27 sierpnia 2019

Dupochron

Dupochron. 2+2=6

Co robisz gdy nie rozumiesz co się wokół ciebie dzieje, gdy zaczynasz tracić kontakt pod wpływem natłoku bodźców, a jednocześnie nie możesz się zapaść pod ziemię?

Nadzieją są wtedy automatyzmy. Automatyzmy niezweryfikowane, podpatrzone, używane częściej, używane bezrefleksyjnie, bo inni robią tak samo.

Takim automatyzmom poddawani są nauczyciele w szkole, a że środowisko jest tu dość zachowawcze, ilość tych automatyzmów cały czas narasta.

Rok temu jako 49 latek przez przypadek wskoczyłem do polskiej szkoły. Nie posiadałem żadnych nawyków, żadnych automatyzmów, nie było dla mnie żadnych świętości świata polskiej edukacji.

Był jedynie chłodny wgląd, analityczne spojrzenie.

Po roku zamieszania w moim życiu zawodowym obecnie przystępuję do pierwszego w moim życiu całkowitego oddania się jednej pracy w szkole. Już bez zaplecza innego zakładu pracy.

Za mną pierwsze w życiu rady pedagogiczne, spotkania zespołów przedmiotowych, szkolenia wewnętrzne, tworzenia planów wynikowych, NaCoBezu, wniosków o dopuszczenie programu. To wszystko porównuję do moich doświadczeń z poprzednich zakładów pracy.

Refleksja jest gorzka.

Polska szkoła nie jest Szkołą Minimalną i nigdy nią nie będzie, jeżeli nie przestaniemy dodawać 2 plus 2 oczekując wyniku 6.

Polska szkoła cierpi na dupochronizm.

Poczynając od statutu szkoły, kończąc na NaCoBezu to wszystko to dupochrony.

Wrażenie jest takie, że nikt łącznie z przyszłymi kontrolującymi nie wie jak miałaby ta szkoła wyglądać.

Dlatego lepiej stworzyć 2+2=6 więcej papierów, aby „Dobrze wyglądało”. Bo tłustsze segregatory zagwarantują, że kontrola się zmęczy. Co skądinąd też jest skuteczną strategią.

Bo co by się stało, gdyby dokumentacja całej szkoły liczyła jedynie 10 stron maszynopisu i była napisana klarownym logicznym językiem. Tragedia. Kontrola byłaby w stanie przeczytać to sprawnie jednego dnia i o zgrozo ze zrozumieniem.

A tak piszę teraz plan wynikowy, będący powieleniem podstawy programowej zmiksowanej ze spisem treści jakieś książki. Najważniejsze w nim jest to, aby poprawnie wpisać wymaganą i planowaną liczbę godzin. Bój się o swoją posadę, gdy się w tych wyliczeniach pomylisz.

A, że strach ma wielkie oczy wolimy dodając do dwóch dokumentów, kolejne dwa, stworzyć finalnie sześć, bo a nuż.

W niektórych poprzednich moich firmach, robiło się intuicyjne minimum i specjalnie czekało na kontrolę, aby ta znalazła uchybienia i napisała postanowienia pokontrolne. Które i tak się nie wykonywało od razu, ale żądało się od kontroli podstawy prawnej na zaproponowany przez nią stan rzeczy. Dzięki takiemu mechanizmowi uzyskiwało się niezbędne potrzebne czynności, aby kolejna kontrola była zadowolona. A gdyby kolejna kontrola wyskoczyła z jakimś kwiatkiem, polecałoby się jej lekturę poprzednich postanowień pokontrolnych z cytowaną podstawą prawną.

Ale aby tak pogrywać z kontrolą trzeba nie być lękliwym, kimś kto nie tworzy sześciu papierów zamiast niezbędnych dwóch.

Myślę, że niestety problem działania 2+2=6 jest skalowalny w górę. I w ten sposób powstaje m.in. podstawa programowa. Tylko wtedy nie ma lęku przed komisją kontrolującą, a przed wyborcami lub przed lękiem wobec zmesjanizowanego pięćdziesięciolatka plus, który zarządza nadrzędną komórką.

I zamiast wypracować logiczną, spójną i małą podstawę programową, wolimy pozostawić w niej swoje 2 elementy edukacyjne, cudze 2, dodać kolejne 2 dla świętego spokoju. I dzieci zamiast uczyć się jedynie dwóch umiejętności, uczą się sześciu oderwanych od rzeczywistości.

Dupochronizm kwitnie.


Marcin Stiburski - Szkoła Minimalna

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

50 plus

Nie można stworzyć idealnej szkoły dla wszystkich.

Dlaczego? Dlatego, że każdy z nas jest inny i inne ma oczekiwania wobec życia.

Najciekawsze jest jednak to, że przychodzi w życiu człowieka moment około pięćdziesiątego roku życia plus, w którym chce się podzielić ze Światem swoją wyjątkową, wspaniałą mądrością życiową. Człowiek taki jest przeświadczony, że jego własne doświadczenie życiowe jest tak cenne i wartościowe, że nic tylko ludy klękajcie.

Sam łapię się na takim myśleniu i zauważam je bardzo mocno w polityce. Bo tam szczególnie widać jak pojawiają się pięćdziesięciolatkowie plus, którzy swoimi ideami chcą zbawić świat i stać się mesjaszami narodów. Tradycje mesjanizmu mamy wielkie, przez lata indoktrynowane poezją Mickiewicza i Słowackiego, dzięki temu mocno obecne w naszej kulturze narodowej.

I gdy taki około pięćdziesięcioletni polityk dobiera się do władzy, chce przekonać wszystkich, że to jego jedynie słuszne przemyślane przez dziesięciolecia idee są najwłaściwszym rozwiązaniem dla wszystkich.

Osobiście nienawidzę polskiego mesjanizmu i uważam go za jedną z bardziej szkodliwych naszych cech narodowych, przyczyniających się do tego, że nie potrafimy praktycznie organizować czasu pokoju, a w czasach konfliktów robimy rzeczy nieprzemyślane, mimo że heroiczne.

Brakuje nam pragmatyczności, a ta przede wszystkim bazuje na tym, że korzysta z tego co jest, czyli z różnorodności.

Mając powyższe na względzie jako około pięćdziesięcioletni potencjalny mesjanista, który miałby rozwiązanie na wszystko, robię krok wstecz i zakładam, że jedynym rozwiązaniem jest zgoda na różnorodność. Różnorodność, która będzie w opozycji do jedynie słusznej drogi wymyślonej przez jakiegoś człowieka po pięćdziesiątce plus.

A kto zagwarantuje tą różnorodność?

Oczywiście młodzież, dzisiejsza wspaniała różnorodna młodzież. Młodzież, którą jeżeli pozwolimy sobie na jej poznanie, jest naprawdę wartościowa i wspaniała, choć jej nie rozumiemy.

Często myśląc o młodzieży, zapominamy o dawnych czasach, kiedy to nastolatek często był już władcą. Mam tu na myśli dla przykładu Aleksandra Wielkiego.

W wieku szesnastu !!! lat, czyli trzeciej klasy gimnazjum, był wodzem zwycięskich bitew, a w wielu naszych maturzystów przejął zarządzanie państwem.

Czy mielibyśmy dziś odwagę przekazać nasze państwo jednemu z tegorocznych maturzystów?

Czy byłoby ono sprawniej zarządzane niż przez typowego zmesjanizowanego pięćdziesięciolatka plus?

Także pamiętajcie młodzi Polacy. Wy mający piętnaście, dwadzieścia lat.

Możecie, nic Wam nie brakuje, abyście przejęli stery. Bo historia pokazuje, że w Waszym wieku można rządzić, można mądrze decydować i być w tym lepszym i skuteczniejszym od zadufanych w sobie pięćdziesięciolatków.

Bo historia pokazuje, że nic dobrego nigdy nie wynikło z rojeń zmiany Świata pięćdziesięciolatka plus.

piątek, 16 sierpnia 2019

Korki

Korepetycje.

Spotkałem niedawno dwóch nauczycieli, którzy rozmawiali ze sobą na temat swojego zaangażowania w korepetycje. Myśl przewodnia rozmowy mnie poraziła. Im bardziej będziemy się starać uczyć dobrze uczniów w szkole, tym bardziej zepsujemy sobie kwitnący rynek korepetycji. Dlatego należy celowo uczyć w szkole na pół gwizdka, a później dyskretnie zaproponować uczniowi korepetycje, jeżeli sam na to nie wpadnie. I najlepiej jest wtedy nawiązać symbiotyczną relację korepetycyjną z kolegą po fachu, aby rynek nie ulegał rozproszeniu.

Rozmowa zasłyszana sprzed tygodnia, a wspomnienia takie jak z połowy lat 80-tych, kiedy moja rosjanka z TBO wysyłała mnie do swojej koleżanki z Topolówki. Zapewne tamta wysyłała swoich uczniów do mojej rosjanki.

Wiem, że nauczyciele mało zarabiają i dorobienie na korepetycjach to naprawdę niezły dochód. Wiem też, że wielu studentów całkiem spore pieniądze wyciąga z korków.

Ale rynek korków jak spirala lub jak korkociąg do korków, nakręcają coraz to wyższy poziom oczekiwań wobec naszych uczniów. Kiedy to w topowych liceach po prostu bez korków nie da się utrzymać na powierzchni. I nie chodzi o to, żeby jak na studiach były godziny konsultacji. Tu przede wszystkim powinna być przychylność nauczyciela, aby uczeń nie miał obaw i wewnętrznego oporu, żeby do takiego nauczyciela swobodnie się zgłosić.

Jednak jak często uczniowie słyszą „to jest trywialne, to jest oczywiste, czy ktoś jeszcze tego nie rozumie?”. Ilu uczniów będzie miało odwagę zgłosić swoją niewiedzę? Czy nauczyciel nie powinien być cierpliwy, ale czy też nie powinien prowokować uczniów do korzystania ze swojej cierpliwości? Czy nie powinien wręcz mówić: „Wiem, że niektórzy z was mogli tego nie zrozumieć, dopytujcie się, będę to cierpliwie tłumaczy nawet 1000 razy, a jak zajdzie potrzeba to i 2000 razy będę powtarzał.”

Zamiast tego usłyszą uczniowie znane wszystkim: „Czy ktoś tego jeszcze nie rozumie?”.

A później delikatna sugestia, że aby zaliczyć materiał, należy samemu przysiąść w domu, a może też wprost podanie telefonu, do osoby która doskonale zna nasz szkolny materiał.

Rynek korepetycji zadziwiająco kwitnie. A to jest świadectwo patologi naszego systemu edukacyjnego. Patologii takiej samej jak wizyty u specjalistów w służbie zdrowia, którzy po godzinach pracy w szpitalach dorabiają sobie na prywatnych wizytach.

I rozwiązaniem jest albo uwolnienie tego rynku i niech kwitną usługi guwernantów, a państwowa szkoła niech ograniczy się do egzaminu co roku, albo niech rynek korepetycji zostanie spenalizowany i byłoby wtedy tak jak Finlandii, którą czasami chcemy naśladować w dziedzinie edukacyjnej.

Musimy kontrolować nasze wydatki, bo zbytnio oszczędny w konsekwencji dwa razy płaci.
Raz z podatków na szkołę, drugi raz za korepetycje. Nie zapominając o naszych dzieciach, który kalendarz korepetycji szczelnie wypełnia ich tydzień nauki. I nie jest to nauka minimalna.


Marcin Stiburski - Szkoła Minimalna

wtorek, 13 sierpnia 2019

Przeciąganie liny


Równowaga, przeciąganie liny.
Obecnie przeciągamy linę, chcemy aby wygrała moja, mojsza opcja.
Szkoły i system szkolny chcą uczyć, czegoś czego nie chcą rodzice i uczniowie, rodzice chcą aby uczyć czegoś czego nie chcą szkoły. Nie znajduje się kompromisów i w tym zawirowaniu uczniowie nie wiedzą, w którym kierunku zmierzać.
Szkoła chce uczyć wychowania patriotycznego i religii, a rodzice chcą aby uczono języków i informatyki. I często na odwrót, szkoła chce uczyć nowych technologii i myśli, a rodzice chcą uczyć konserwatywnych tradycji.
Z wychowaniem też jest przepychanka. Jedni chcą, aby ci drudzy byli odpowiedzialni za wychowanie i finalnie okazuje się, że i ci i ci tego nie robią. Dziecko pozostaje samo i wychowuje je dzisiaj Internet.
Nie ma już dziś sytuacji jak w serialu „Domek na prerii”, kiedy to szkoła i społeczność współgrają i tworzą wspólną wizję edukacyjną, kiedy to nauczyciel i rodzic myślą o swoich dzieciach prawie jednakowo.
Ale „Domek na prerii” to mała monokultura. Dziś tak sytuacja jest prawie nieosiągalna. W naszych szkołach zderzają się różne kultury, różne spojrzenia na świat. A że szkoła to nie uniwersytet, gdzie uczymy jedynie wiedzy, to na jej terenie dochodzi do konfliktu wychowawczego.
Niektórym politykom wydaje się, że swoimi dekretami wprowadzą w Polsce szkołę „Domek na prerii”, że wszystkie dzieci bez wyjątku będą monokulturowe.
Tak się nie da w obecnym świecie.
Musi w nim powstać przestrzeń prawna, dla różnych koncepcji wychowawczych dzieci, które zadowolą różne pragnienia rodziców. Monokultury nie da się stworzyć, bo nie żyjemy na prerii, a w świecie Internetu.
Dlatego muszą powstać różnorodne szkoły. W jednej wychowanie do życia w rodzinie będzie obowiązkowe od szóstego roku życia, a w innej będzie wręcz zakazane przez cały okres edukacyjny. W jednej szkole, będzie się uczyć wiedzy teoretycznej na potrzeby przyszłych studiów akademickich, a w drugiej jedynie wiedzę praktyczną potrzebną w codziennym życiu.
Będą szkoły wolnościowe, ale będą też szkoły o drylu koszarowym.
Będą szkoły gdzie oczekiwać się będzie kultury wyniesionej z domu, ale będą też szkoły gdzie od nich samych będzie się wymagać nauczenia różnych postaw kulturowych.
Pojawią się też szkoły balansujące pomiędzy tymi skrajnościami, ale będą to zawsze szkoły realizujące oczekiwania rodziców.
Bo lansowana mojsza monokultura przez jakąkolwiek opcję społeczno-polityczną, będzie zawsze krzywdząca dla pewnej grupy o innych preferencjach.
Aby taki stan równowagi mógł zaistnieć, potrzeba jest zminimalizowanie szkoły, tak aby w pozostawionej przestrzeni mogły wykształcić się różnorodne jej alternatywy.
Bo szkoła maksymalna zawsze skrzywdzi tych odmiennych.
Jeżeli się szkół nie zminimalizuje lub nie sprawi, że mogłyby być różnorodne, to skrajne opcje edukacyjne i wychowawcze nie będą się redukować, a jedynie sumować i powstanie w szkole coś bardzo niestrawnego.
W sumie już powstało. I to coś niestrawnego nie jest przyswajalne i jest odrzucane. Odrzucane na rzecz różnorodnego Internetu, w którym mimo jego ogromnej różnorodności poruszamy się dalej wytartymi ścieżkami jak w „Domku na prerii” i kompletnie nic nie wiemy co dzieje się za internetową miedzą.
 
Marcin Stiburski - Szkoła Minimalna