sobota, 19 października 2019

Kilka dni przed początkiem szalonego roku Szkoły Minimalnej

Za cztery dni minie rok jak jesteśmy razem. Tak, 23 napisałem słowa „Po ukończonej fizyce na uniwersytecie zajmowałem się przez dwadzieścia lat zagadnieniami technicznym. W tym roku poproszono mnie, abym wypełnił wakat nauczyciela fizyki w szkole podstawowej na kilka godzin w tygodniu.”

Ważniejsze odbyło się kilka dni wcześniej. Jako nauczyciel z przypadku nieporadnie poruszałem się w nowej dla mnie rzeczywistości szkolnej. Rok temu zrobiłem, pierwszy w moim życiu sprawdzian. Nie chciałem go skonstruować na zasadach typowych, czyli przyśpiewki ludowej, DANA, DANA, DANA, zadanie odpowiedź, lecz na czymś co jest mi bliskie, czyli na ciekawości.

Ciekawości, rozumienia zjawisk, ich interpretacji, dedukcji.

Niestety przeżyłem rozczarowanie. Uczniowie zostali już wcześniej sformatowani przez lata nauki szkolnej, w szablonowym podejściu do sprawdzianów. Oni mieli wykute wzory, mieli je być może na ściągach i oczekiwali zadań przyśpiewki ludowej DANA, DANA, DANA.

Zabawa w ciekawość, odkrywanie zagadkowego świata, była dla nich za trudna i nienaturalna.

Po siedmiu latach szkoły, zanikły w nich te naturalne umiejętności, które każde przedszkolne dziecko posiada naturalnie.

Patrzę na te sprawdziany w domu, za które powinienem wystawić słabe oceny i się zastanawiam, co jest źródłem problemu. Wcześniej zauważyłem, ze pragną dobrych, a wręcz najlepszych ocen, bo średnia, bo pasek, bo rodzic da nagrodę. Dlatego przekornie postanowiłem, że przegnę w drugą stronę i zawyżę znacznie oceny z tego sprawdzianu.

Oddawałem go uczniom 22 października.

Klasa oczekuje pogromu, bo przecież wiedzą jak odpowiedzieli na moje trudne pytania z CIEKAWOŚCI. Rozdaję kartki i słyszę pomruk niedowierzania. Ale utkwiła w pamięcimi jedna osoba, którą zapamiętam do końca swego życia. Gdy wyczytałem tej osoby nazwisko i podchodzę przekazać sprawdzian, widzę jak skubie skórki przy paznokciach, wykręca sobie palce, widzę także skurcz w okolicach żołądka. Tak odbieram niestety ludzi. Jestem kinestetykiem, który rozpoznaję ludzi nie po twarzach czy po imionach, a po przykurczach ich ciał i przyruchach podczas poruszania. Z tego powodu widzę niestety dużo lęku.

I gdy podchodzę do tej osoby i oddaję pracę, widzę strach. Strach przed sądem. Nie wiem czy ten sąd odbędzie się w domu, czy też jest to lęk przed odrzuceniem grupy z powodu przypisanej już wcześniej etykiety. Znam tych uczniów dopiero sześć tygodni.

Osoba zaczyna patrzeć na kartkę pracy. Milknie, sztywnieje, nie rozumie. Nie tego się spodziewała.

Mówi do mnie – „To moja pierwsza w życiu 4+ z ważnych przedmiotów w tej klasie. Czy pan sobie ze mnie robi jaja?”.

Tłumaczę, że postawiłem taką ocenę, za zaangażowanie, oraz poprawnie wykonanie jednego zadania.

Jak można się aż tak bać. Który dorosły w swoim życiu, choć raz w tygodniu przeżywa taki STRACH jak ta osoba będąca uczniem.

Myślę, o tym sprawdzianie cały wieczór, o tej osobie także. Tak naprawdę do dziś.

Nazajutrz jadąc jeszcze na polibudę rowerem układam pierwsze słowa swojego wpisu.

Piszę go w pracy, publikuję i zapominam. Wieczorem zaglądam na fejsa i oczom nie wierzę.

Średnio 1000 udostępnień co 3 godziny.

Coś się zaczęło.
Co?
Zaczął się pewien rok w moim życiu.
Najbardziej zwariowany rok w moim życiu.

Za który tak naprawdę dziękuję Wam.
Dziękuję za Wasze wsparcie.

Marcin Stiburski